Sam zmontowałem elektronikę we wzmacniaczu gitarowym

 

Tym razem pora na opowieść o rzeczy, z której jestem bardzo dumny. Mianowicie chodzi o wzmacniacz gitarowy, który samodzielnie wykonałem. Co więcej, poziom satysfakcji wzrasta że świadomością, że całą pracę wykonałem samodzielnie. Wzmacniacz działa poprawnie, gra jak należy, a jego oryginalny wygląd przyciąga uwagę najbardziej ciekawych gitarzystów z całej Polski. Mam zamiar przybliżyć nieco proces jego powstawania pod kątem instalowania elementów elektronicznych.

Zamontowałem elektronikę uważnie

montaż elektronikiPrzy pracy z elektroniką należy traktować bezpieczeństwo jako nadrzędny czynnik. Trzeba postępować bardzo ostrożnie i sprawdzać każdy krok kilkakrotnie. Mamy powiem do czynienia z napięciem rzędu kilkuset volt. Takie wartości są w stanie wyrządzić duża krzywdę organizmowi. Aby w ogóle móc rozpocząć projekt trzeba posiadać schemat, który dla elektroniką jest niczym mapa dla geografa. Na schemacie zawarte są wszystkie informacje dotyczące tego, jak ma wyglądać wzmacniacz, jakich komponentów użyć itd. Następnie można przystąpić do zakupu wszystkich części. W tym momencie warto nadmienić, że najbardziej kosztowne są transformatory: sieciowy i głośnikowy. Miałem to szczęście, że większość elektroniki mogłem zakupić u jednego sprzedawcy. To znacznie ułatwiło całą operację ponieważ sprzedawca dokładnie wiedział jaki projekt zamierzam wykonać i pomógł mi w doborze elementów. Najbardziej kluczowym etapem prac w całym projekcie to moim zdaniem montaż elektroniki. We wzmacniaczu gitarowym trzeba wykonać ponad 100 lutów. Każdy z nich musi być zrobiony zgodnie ze schematem. Istotna jest przede wszystkim jakoś połączenia. Należy unikać tzw. zimnych lutów. Jeżeli etap lutowania wykonanie prawidłowo i zgodnie ze schematem możecie być spokojni. Wasz wzmacniacz musi zadziałać. W moim przypadku nie obyło się bez błędów. Na szczęście skończyło się tylko na spalonym transformatorze sieciowym. Dzięki ostrożności uniknąłem nieprzyjemności związanych z porażeniem prądem elektrycznym. Szczególnie uważajcie na kondensatory, które rozładowują się do ok. trzech godzin po wyłączeniu układu!

Po czynnościach lutowniczych, korektach błędów i sprawdzeniu wszystkich połączeń miernikiem nastała długo wyczekiwana chwila czyli włączenie wzmacniacza. Dźwięku jaki wydał przy pierwszym uruchomieniu nie zapomnę do końca życia. Był to piekny, okrągły dźwięk, a świadomość, iż wyszedł on spod mojej ręki tylko wzmagała pozytywne emocje. Mój tata wykonał specjalną obudowę z drewna olchowego. Dzięki niej mój wzmacniacz nie tylko brzmi, ale i wygląda oryginalnie.